Vaquero Horsemanship
Jeff Sanders
Jeff Sanders-1
Jeff Sanders-2
Jeff Sanders-3
Pomiędzy romantyzmem prerii, a codziennością farmy. Pomiędzy ziemią, a niebem.
Tak w skrócie można określić niepopularny jeszcze w Polsce, ale zyskujący coraz więcej
zwolenników styl jeździecki „vaquero”. Nieznany, ale jakże przydatny i dający wiele
satysfakcji. Nie tylko dla konia, ale i dla nas samych. Wolny, harmonijny jak mustang
na prerii...
Pomimo ogólnie przyjętemu przeświadczeniu, pierwsi kowboje byli Indianami, a nie jak
nam się wydaje Amerykanami. Wiele tradycji związanych z ranczerami w Stanach
Zjednoczonych wywodzi się z kultur hiszpańskojęzycznych, a ze względu na położenie
geograficzne i bliskość - głownie z Meksyku. Tamtejsi kowboje nazywani byli i są nadal
„vaquero” (hiszp. „vaca”= krowa).
W dzisiejszych czasach tradycja kowbojska kojarzy nam się z westernami, ze wspaniałym, dzielnym i dobrym bohaterem, który walczy ze złem i kieruje się przede wszystkim honorem. Początki tego fachu jednakże nie mają nic wspólnego z hollywoodzkim romantyzmem. Profesja „vaquero” została zapoczątkowana w połowie XVI wieku w Ameryce hiszpańskojęzycznej. Stała się ona potrzebna, gdyż bydło rozmnożyło się w nadmiarze i potrzebni byli ci, którzy nad tym mogli zapanować. Pierwsi śmiałkowie na koniach zapoczątkowali „gauchos” (Argentyna), „vaqueros” (Meksyk), „llaneros” (Wenezuela) i „ huasos” (Chile). Ich status społeczny w społeczeństwie hiszpańskojęzycznym był bardzo niski. Wielu pochodziło ze związków mieszanych, często nielegalnych i nieuznanych. Byli Mulatami lub Metysami. Wykonywali ciężką i niewdzięczną pracę, a przez resztę społeczeństwa postrzegani byli jako „biedni robotnicy na końskim grzbiecie”.
Meksykański „vaquero” stał się nierozłączną częścią rozprzestrzeniającej się tradycji farmerskiej. W XVIII wieku Franciszkanie zaczęli szkolić Indian znajdujących się na terenach misyjnych pod kątem zadań związanych z hodowlą i wypasem bydła.
Następnym etapem w rozwoju „vaquero” było przybycie Anglosasów do Teksasu na początku XIX wieku. Ekspansja ta dokonała połączenia dwóch kultur farmerskich- hiszpańskojęzycznej i anglosaskiej. Często spowodowane było to zawieraniem małżeństw mieszanych w tamtych regionach. Tradycje te zlały się do tego stopnia ze sobą na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, że doprowadziło to w rezultacie do powstania wspomnianego przeze mnie na początku mitu „czysto-północnoamerykańskiego” kowboja.
Dzisiejszy styl jazdy nazywany „vaquero” wywodzi się ze wspomnianych wcześniej
tradycji pierwszych kowboi. Z drugiej zaś strony wiele czerpie z tradycji jeździeckich
bogatych meksykańskich „dones” (tamtejsza szlachta). Sposób, w jaki pracowali z końmi,
odziedziczyli od hiszpańskiej kawalerii, która z kolei czerpała przez wieki z przekazu
Maurów ("el jinete moro"= jeździec mauretański) żyjących od 711 roku n.e. do 1492 na
Półwyspie Iberyjskim. Kultura ta etymologicznie wywodzi się z orientu, głównie z Egiptu i
rozprzestrzeniła się wraz z konkwistą w Południowej i Północnej Ameryce. W XVIII wieku
rozpoczął się proces ekspansji ludności z Meksyku do Kalifornii i zakładanie tam pierwszych
osad przez Hiszpan. Kultura pracy z końmi w stylu „vaquero” stała się swego rodzaju sztuką,
nie tylko techniką potrzebną do pracy na rancho z krowami. Używana była przez Hiszpan,
Indian, Meksykanów, aż w końcu dotarła do "gringos", którzy zangielszczyli hiszpańska
nazwę na "buckaroos" . Najlepsi „vaqueros” zaczęli być nazywani „californios” (bo właśnie
tego typu praca w Kalifornii stała się sztuką, do dziś styl ten nazywa się zamiennie
„kalifornijskim stylem jazdy”). Byli to ludzie, którzy potrafili osiągnąć niesamowitą harmonię
z koniem i sprawiali, że wierzchowiec był bardzo elastyczny, przepuszczalny, lekki i
wygimnastykowany, a koń i jeździec dla obserwatora z zewnątrz stanowili prawdziwą jedność.
Szkolenie w tradycji vaquero zaczyna się na tzw. kalifornijskim hackamore (bosalu), potem przechodzi się do pracy na ogłowiu z tzw. „spade bit” lub „half breed” (na początku wkłada się koniowi również na pysk cieńki bosal, zwany „bosalito” wraz z doczepioną do niego parą wodzy i jak trzeba skorygować konia, robi się ta wodza od bosalito, a nie tą od ogłowia).
„Spade bit” może na pierwszy rzut oka wyglądać jak narzędzie tortur, jednak absolutnie nim nie jest. Po pierwsze żaden szanujący się vaquero nie założy koniowi tego kiełzna, dopóki koń nie będzie na nie gotowy. W tym celu przechodzi się stopniowo przez różne etapy w pracy z koniem. Nie zakłada się tego ogłowia, dopóki koń nie jest tak lekki i rozluźniony, że da się go prowadzić we wszystkich chodach jedną reką, a potem praktycznie samymi łydkami i dosiadem.
Podejrzewam, że mogę usłyszeć po tym artykule zarzuty, dlaczego tak rozpisuję się i zachwycam się hiszpańsko-amerykańskim wynalazkiem. Przecież my Polacy mamy świetne tradycje jeździeckie, które wywodzą się ze szkół wojskowych. Oczywiście, to prawda, ale moje pytanie brzmi-ilu jeźdźców je obecnie stosuje? W szkołach wojskowych konie szkolone były również w ten sposób, że przechodzono przez różne etapy. Nigdy nie stosowano drogi na skróty. Młode konie szkolili najlepsi jeźdźcy (przez 2-3 lata), aż dochodzono do etapu, że konia dało się prowadzić jedną ręką, żeby druga była wolna podczas bitwy (pamiętam książki Podhajkiego, gdzie tłumaczył, jak przejść od jazdy dwoma rękami na munsztuku do jazdy jedną ręką i jak ułożyć w niej wodze). Patrząc na wiele wiszących na przodzie koni w dzisiejszym sporcie, niezależnie od stylu jazdy, śmiem wątpić czy ktokolwiek jeżdżący na tych koniach miałby najmniejszą szansę przeżyć jakąkolwiek bitwę. Nie ma harmonii między koniem i jeźdźcem, a jazda jest tak pozbawiona wdzięku i lekkości, że nie przypomina już tańca, a tym właśnie powinno się wydawać dla obserwatora z zewnątrz jeździectwo!
Osobiście zaczęłam czerpać z szeroko pojętych tradycji ranczersko-kowbojskich, ponieważ stosujący się do nich ludzie ciągle używają koni do pracy i dlatego muszą je mieć tak dobrze ujeżdżone i tak lekko dające się prowadzić, żeby w wielu sytuacjach uratowały im życie (patrz pędzące na nich stado krów). Tam też zaczęłam odkrywać lekkość i harmonię w jeździe, której podczas moich wielu „tradycyjnych” treningów nie zaznałam.
Zawsze mówię i mówić będę, nie odrzucam i nie przekreślam tradycji i naszych europejskich wzorców. Jestem tylko orędowniczką powrotu do tych prawdziwych, teraz już zapomnianych i nie stosowanych metod i zasad jeździeckich oraz ciągłego szukania i rozwoju.




